środa, 14 września 2016

Rozdział 2; ''Prośba, Junko i bose stopy''






* https://www.youtube.com/watch?v=w8ed5QXDqqM&index=26&list=LLZo_wKaqImTb6QthZEb9xWQ * 


Dzień chylił się ku końcowi. Ognistoczerwone promienie ostatnich chwil słońca lizały łapczywie czarne korony drzew.

Yato nie lubił zmierzchu. Była to granica między światłem, a ciemnością, gdy zacierało się mętne pojęcie dobra i zła. Hiyori, nie chcąc martwić rodziców, też postanowiła już wrócić.

-Zostań chwilę Yukkine.- poprosił Daikoku.

Bóg i licealista oddalili się nieskrępowanie rozmawiając.

-O co chodzi?

Czarny wachlarz wychylił się jeszcze, by sprawdzić czy parka zniknęła za zakrętem i lekko się uśmiechnął.

-Chciałem tylko zapytać jak Ci się pracuje u Yato. Znam jego podejście do… pewnych spraw i jestem ciekawy jak Cię traktuje.

Yukki położył ręce za sobą i wygiął do tyłu z cichym westchnieniem.

-Nie powiem, spanie w cudzych świątyniach i praca za grosze nijak się ma do tego co miałem za ‘’życie po śmierci’’.- zniżył głos- Ale to Yato nadał mi imię i chroni jak może. Mam tylko go…

-Dobry chłopak!- zaśmiał się z ulgą mężczyzna- Może i jest trochę pacanowaty, ale to w końcu bóg. Wierzę, że dzięki Tobie wejdzie na właściwą ścieżkę i jakoś ogarnie.
W gruncie rzeczy to dobry chłop.

Chłopak uśmiechnął się. Do pokoju weszła Kofku zajadając się truskawkowymi pocky.

-Yatuś jest jak zagadka, nigdy nie wiadomo co mu w głowie siedzi.- mówiła między pryśnięciami.- Nie wiem czy ktokolwiek znający jego przeszłość chciałby z nim pracować.

- Przeszłość?...- blondyn nerwowo przełknął ślinę.
Lubił wierzyć, że przed nim niczego nie było. Choć jego mistrz tak często powtarzał ‘’Nie od wczoraj jestem bogiem!’’ …

Miał bardzo złe przeczucia.

- O Yatku po raz pierwszy usłyszałam z bardzo… nieprzyjemnych plotek.- z małej różowej dziewczynki zaczęła wychodzić ciemniejsza strona- Największą popularność zdobył gdy był ‘’bogiem do wynajęcia’’.
Do zabójstw.

Oczy chłopaka były wielkie. I przerażone.

-Zabijał dorosłych mężczyzn.
Kobiety i dzieci.
Ale też shinki.- gdy to mówiła zbliżała się doń przez drewniany stół. Teraz ich twarze dzieliły centymetry.
-Kofku.- mężczyzna chwycił ją za kark, jak chwyta się małego kotka.- Nie strasz dzieciaka.- zwrócił się do pobratymca.- To było dawno, w innych czasach. Gorszych.

Wziął swą boginię pod pachę i wyszedł pozostawiając chłopaka samego sobie w całkowitym osłupieniu.

            Zaczynała się już martwić. Tak długo nie przychodził… A jak coś mu się stało? Był przecież tylko małym dzieckiem!
Do tego czas jej się dłużył, bo Yato zamilkł jak zaczarowany. Czasami zastanawiała się, czy zna tą czynność, ale udowadnianie tego teraz nie było jej na rękę.

-Hiyori…

Jego zdolności teleportacji były niesamowite. W jednym momencie stał na wyciągnięcie ręki, by w sekundę później być tak onieśmielająco blisko.

-Ta…k?

Może i był nieodpowiedzialnym dresem.
Ale był też mężczyzną. I to mężczyzną o idealnych rysach, oczach błękitniejszych od oceanu i zapachu na który za każdym razem reagowała tak samo intensywnie ( heloł! Co jak co, ale był tą ‘’idealną nadprzyrodzoną istotą’’, o czym łatwo było zapomnieć).
Nachylił się nad jej uchem. Końcówki czarnych włosów łaskotały ją w szyję.

-To jedyne z osób, które tak długo pamiętają o moim istnieniu.- czół na skroni jak oddech dziewczyny przyspiesza.- Kofku, może i wygląda niepozornie, ale to bogini biedy należąca do siedmiu elitarnych bóstw. Potrafi dać popalić.
Gdybym wpadł w kłopoty…
idź do nich.


Odsunął się a widząc rumieniec na twarzy dziewczyny sam się zarumienił. Trwali tak chwilę nie wiedząc co uczynić.
I zrobiłoby się niezręcznie, gdyby nie:

- Yato!
To był Yukkine. Dlaczego nie zauważyła jak był podminowany?
Bo wciąż czuła ten jedyny w swoim rodzaju zapach.

-O Yukki!- jej gestykulacja przeszła na poziom ‘’typowej Japońskiej dziewczynki’’- Dobrze, że jesteś, martwiłam się!, chodźmy do domu, bo zaraz będzie…

-Wiedziałaś?!

Zatkało ją.
Chłopak miał łzy w oczach.
- O czym?...
Jej zdziwienie było prawdziwe.
Nie wiedziała.

-On zabijał ludzi, Hiyori. – jego głos ociekał goryczą.- Mogłem się tego spodziewać, to w końcu ‘’bóg’’ wojny. Ale on to robił na zlecenie! Kobiety, dzieci, co to dla ‘’wielmożnego Yato’’, nie?!- jego gniew narastał.
- Mało tego Hiyori.
On zabijał shinki!

Yato czół uczucia młodego. Za to Hiyori…
Spojrzał, choć nie chciał. Jej wzrok mówił wszystko.

-Yukkine!

Chłopak nie dał mu dojść do głosu.

- Może i musiałeś zabijać ludzi, inne czasy, ogarniam.- jego głos stopniowo się podnosił.- Ale shinki? Skazałeś ich na piekło śmierci już po niej! A ja Ci ufałem!...

Ty nie wiesz jak to jest umrzeć…

Ostatnie zdanie było swoistym szeptem. Ale, w idealnej wieczornej ciszy, i tak je dosłyszeli.

-A Ty wiesz?!- ryknął Yato.

Nie miał prawa pamiętać.
Nie mógł pamiętać!

-Pamiętam niewiele.
Ból i …
A potem miesiące unoszenia się w bieli bez możliwości kontaktu. Sam jak palec!- spojrzał na swojego pana wzrokiem gotującym się od emocji.- Znajdę innego pana, nie mordercę!

Nie przyznał się, że oprócz bólu czół zmartwienie. Martwił się o kogoś, kogo zostawił na tym świecie.
Kogo? Nie wiedział.
Nie żeby go to obchodziło.

Długo jeszcze słyszeli jak jego trampki uderzają o asfalt.

-Hiyori… - nie za bardzo wiedział jak zacząć tą rozmowę.

Poczuł realny wręcz ból, gdy pod płaszczykiem złości, dostrzegł w jej oczach strach.

-Robiłeś to?

Nie chciał kłamać.
Choć, tak naprawdę, bardzo chciał wymazać ze swojej kartoteki dawne uczynki.
Ale nie mógł.
-Tak.

Przysunął się o dwa kroki. I dokładnie o tyle się odsunęła.
Przerażenie. To ono malowało się w krystalicznie różowych oczkach.

-Daj mi wytłumaczyć.- znalazł w końcu odpowiednie słowa.- Nie wiem po co mu to powiedzieli, ale tak, to prawda. Robiłem to dawno temu.
Żyłem w przeświadczeniu, że muszę to robić…
Skończyłem z tym.  Nie chcę już zabijać. Teraz jestem innym bogiem.
Spuścił wzrok. Był… smutny.
-Nie… bój się mnie.

Odwróciła się plecami, by nie widział emocji targających jej wnętrzem.
Nie czas na łamanie się!

-Idę szukać Yukkine. – nie czekając na odpowiedź skoczyła na pobliską lampę.

Poszedł za nią. Spokojniejszy.

*

Kopał pojedyncze kamienie, nie zważając na zdziwienie ludzi, w których buty trafiły. W dupie miał to wszystko.

W dupie miał nowych ‘’przyjaciół’’.

W dupie miał życie po śmierci.

A najbardziej w dupie miał mistrza, który nie dość, że beznadziejny, to go oszukiwał.

To oszustwo bolało najmocniej.
I mimo, że ręce w nieszczelnych kieszeniach kurtki zaczęły już przymarzać, parł dalej przez skąpane w mroku miasto.

Na początku nie zwrócił na nią uwagi. Zwykła żebraczka, jakich wiele. Podchodziła do ludzi, ciągnąc ich za rękawy i wściekając się gdy odchodzili obojętni.
Dopiero to co mówiła go zaciekawiło.

-Halo! Proszę pani!- krzyczała zdesperowana ciągnąc kolejną osobę.- Proszę nie udawać, że nie istnieję!
Czy ktoś może mi pomóc?!

Zanim zdał sobie sprawę wgapiał się w nią z otwartymi ustami.

- Ty! Blondyn w zielonej kurtce!

I zanim zdążył nawiać już go złapała.
A nie ważyła 5 kilo. Była w jego wieku lub starsza, o głowę wyższa.
Dlatego padł jak długi, a ona wraz z nim.


Zmartwiona twarz dziewczynki…

… otoczona wianuszkiem włosów.


Po chwili zamroczenia otworzył oczy. Przyjęła to z wyraźną ulgą.

-Soreczki, czasami nie pamiętam, że nie jestem już malutka!- Wstała podając mu dłoń. Przyjął ją.- Każdy udaje, że mnie nie widzi!
Wiesz, moi rodzice są rozwiedzeni. Raz w tygodniu tatuś odbiera mnie ze szkoły, odrabiamy lekcje i gramy w gry. Potem jadę z mamusią do domu. Zgubiłam telefon i nie mam jak do niej zadzwonić, że to już.
Pożyczyłbyś mi swój?

-Nie mam.- odparł zgodnie z prawdą. – Nie możesz iść na piechotę?

-Mamusia nie lubi, gdy chodzę sama.- zasmuciła się.

Coś w nim pękło.

- Mogę pójść… z tobą. –miał nadzieję, że nie usłyszała.
A jednak.

-Dziękuję!- wyraźnie poprawił jej się humor.- To idziemy!

Więc poszli. Trajkotała coś o tym ile to już czekała, o rodzicach i szkole, a on, niby nie zainteresowany, przytakiwał co chwilę, tak naprawdę uważnie wsłuchany w jej słowa.

Weszli na mostek. Jego wzrok przyciągnęła przyblakła już tabliczka otoczona kwiatami i zniczami.

‘’ Z tego mostu, w pierwszym tygodniu listopada, spadła dziewczynka.
Wracała sama do domu, mimo zakazu.

Nasza Junko nie żyje. To ostrzeżenie.
Pilnuj swoich dzieci.

Kochający
Rodzice’’

-Jak… jak masz na imię?
Chciał się tylko upewnić.

-Junko.- uśmiechnęła się. – Miło mi Cię poznać.

I już wiedział.

Szli dalej. Przecież nie mógł jej powiedzieć…

‘’Nie żyjesz.

Nie ma już mamusi, ani tatusia.

Nie ma niczego co znasz.’’


Zacisnął pięści. Nie, nie wyprowadzi jej z błędu. Będzie grał do póki będzie mógł, a potem…
Coś się wymyśli.

-O, patrz, kotek!- jej długie nogi w trzy kroki znalazły się przy ‘’zwierzaku’’, który pobiegł w bok.

-Junko, nie!
To nie był kot. Fioletowa kita schowała się za zakrętem, a czerwono-żółte oko błysnęło szyderczo.
Dobiegł tak szybko jak mógł.
Zgięta w pół ‘’kici kiciała’’ cicho. A za nią był największy kotek jakiego kiedykolwiek widział.
Który ślinił na nią kły.

*

Nie dość, że właśnie okrutnie ją wystraszył, to jeszcze się ociągał. Musieli szybko znaleźć Yukkine!

-Prędzej Yato! Jest już późno, a on jest sam…

-Nie jest sam.-odparł kpiąc z prawa grawitacji, bez problemu utrzymując się na skośnym Ale daszku. – Ale jest zaniepokojony. Zdruzgotany. I przestraszony.

Bo Yukkine boi się ciemności.

-Skąd to wiesz?- cała jej wiara w boga jeszcze nie wróciła, więc wolała byś nieufna.

-Boga i świętą broń łączy specyficzna więź. Bóg czuje emocje oręża i ponosi na sobie konsekwencje jego złych uczynków.

Odbili się szybując nad kolejnymi budynkami.

- Jakie są te konsekwencje?

Nie zdążył odpowiedzieć. Ból ściął go z nóg powodując, że spadł jak długi na ziemię.

-Hej!- krzyknęła nieźle przestraszona lądując obok niego.
Podtrzymując ramię pomogła mu wstać.

- To są konsekwencje.

Musiała przyznać, że nie tak wyobrażała sobie życie boga.
-Dasz radę iść?- podobała mu się ta opiekuńczość w jej głosie.

Z lekka olewatorsko machnął ręką, pokazując, że tak.

Jego plecy wygięły się nagle, a nos rozszerzył jak u pas tropiącego.

-Słyszysz?

Słyszała. Po tak długim okresie przebywania z bóstwami znała je na pamięć.
Szepty ayakashi.
Ruszyli oboje, ale to Yato wpadł pierwszy za zakręt podtrzymując dziewczynę za przedramię.

Yukkine.
Leżał tam, ze łzami na policzkach, patrząc w szydercze oczy grupy potworów.
Widząc to licealistka chciała podbiec, ratować ją.
Zatorował jej drogę ręką.
Przeczucie go nie myliło.

Nie wiedzieli skąd przyszła, a, co ważniejsze, skąd wiedziała, że ktoś jej potrzebuje. Widzieli tylko burzę szarych włosów.

-Nie bój się Yukki. Pomogę.

Krzyk uwiązł mu w gardle, gdy postąpiła kilka kroków wyciągając rączkę do potwora. Patrzył na nią jak w transie, nie mogąc wykonać ruchu.
Jej dłoń dotknęła wgłębienia przy niematerialnej szyi. A stwór nie pisnął nawet, gdy pojedyncze kawałki jego skóry wznosić się zaczęły w powietrze i, niczym popiół z ogniska, znikały z cichym sykiem, tak jakby nigdy nie istniały.
Reszta ayakashi rozpełzła się natychmiast.

-Jesteś ranny? – zapytała zaplatając ręce z tyłu.

-Nie.
Jego głos był tak roztrzęsiony i harczący, że sam z trudem go poznał.

Odeszła szybkim krokiem kogoś, komu się spieszy.

-Yukkine! – Hiyori podbiegła do chłopaka troskliwie go rozpytując.
Yato podszedł dużo wolniej.

-Co… to było?- próbował zebrać się do kupy chłopak wskazując miejsce gdzie zniknął potwór.

-Wiedzieliście w co była ubrana?- spytał dresiarz.

Ubrana? Hiyori zamyśliła się.
Najbardziej w oczy rzucały się nagie stopy. Dłuższą chwilę zajęło jej przypomnienie sobie dość krótkiej, bardzo prostej, ciemnozielonej sukieneczki związanej w pasie, jak worek pokutny.

-Tak.-odparła.

-Ona nie odczuwa chłodu. –pauza miała podkreślić jego słowa. – Nie jest człowiekiem. Nie jest też demonem.


Jest o wiele potężniejsza niż myślałem. 

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Podsumowanie rozdziału:
1.  Charakter postaci
Starałam się jak najlepiej oddać charaktery każdej postaci z osoba. Starałam się. Nie znaczy, że zawsze mi to wyjdzie, pamiętajcie, że sami czasem nie przypominamy siebie ;) W kolejnych rozdziałach będę dążyła do efektu 3D (czyli pewnego realizmu, trójwymiarowości) 

2. Junko i Ea
Dwie nowe postaci. Jak pewnie dobrze przypuszczacie, Ea pojawi się niejednokrotnie na kartach tej historii, z Junko chciałam skończyć, bo była tylko epizodem w życiu Yukkine. Dzięki niej i późniejszym wypadkom nie powtórzy się w moim fanfiku sytuacja w oryginału (więcej nie zaspojleruje ;) ) 

Co myślicie? KOMENTUJ 

czwartek, 8 września 2016

Rozdział 1 ‘’Tabliczki, fartuszek i niespodziewany gość’’


https://www.youtube.com/watch?v=VmgjdMl1P08 *muzyka jest dobierana specialnie do treści, dzięki niej łatwiej się wczuć. ;) tylko najpierw kliknij prawym i ''otwórz link na nowej karcie'' *


Ptaki skrzeczły ledwo dosłyszalnie, ułożone w piękny klucz, opuszczając Kraj Kwitnącej Wiśni.
Kolorowe tabliczki zapraszające do sklepów kiwały na wietrze.


Nie znała wcześniej tej dzielnicy. Położona na obrzeżach miasta, malownicza, kryła w jednej ze swych uliczek typowo japoński targ. I to najwyraźniej tam ciągnął ich Yato ze swą nieodgadnioną miną.
Cisza obijała się po uszach. Yukkine miał wrażenie, że gdyby chciał usłyszałby serce dziewczyny obok uderzające miarowo.

Nie żeby go to obchodziło.

-Kofku?! Jesteś tu?!
Nim jeszcze nie skończył jakaś człowieczo- podobna różowa kulka rzuciła się mu ramiona omal nie przewracając.
Gdyby oczy mogły wychodzić z oczu na zawołanie już swoje zbierali. Z podłogi.
-Kto…? – Hiyori nie mogła wydobyć z siebie słowa widząc jak Yato okręca wokół nieznajomą.
- Jak tak na nich spojrzeć… - zamyślił się Yukkine- Nie gadaj Yato…!
Bóg uśmiechnął się ze złowrogą satysfakcją.
- To moja dzie-wczy-na!
I znów zbierali.
Szczeny z parkietu.
- Tak, jestem dziewczyną!- to było niezaprzeczalne.
Różowe włosy, różowa spódniczka i różowe buciki- nie zdziwiłabym się gdyby w poprzednim wcieleniu ta osóbka była landrynką.
- Ależ się cieszę, że przyszedłeś Yatuś! Yatuś, Yatuś, przyszedł do mnie Yatuś!
Mała dziewczynka śpiewała, bóg wojny i deprawacji głaskał ją po głowie, a półdemon i gościu zmieniający się w miecz udawali statuy z gipsu, śmiem twierdzić, że normalniej jest w niejednym domu wariatów.
- Oto Kofku, wielmożna bogini z tysiącem wyznawców.- chwalił, a ego różowej rosło.- O, szanowna, przychodzę prosić o pomoc! Widzisz, ostatnio przyjąłem tą zbłąkaną duszyczkę do grona mi uległych. – Kofku ciekawie popatrzyła na blondyna- Ale moja sytuacja nie pozwala na jego godny rozwój…
-Chodzi o pieniążki?- jej wielkie oczka były tak radośnie naiwne- Bierz, bierz Yatuś!
Z różowego (bo jakże by inaczej) portfela wysypały się drobniaki. Bożek padł na ziemię zbierając je łapczywie.
- Yato to …! – Znów zabrakło jej słów. Wiedziała, że jest czasem beznadziejny, ale żeby aż tak?

Bum.
Coś uderzyło z impetem w czarną czuprynę. Bezwładna twarz plasnęła cicho o ziemię.
- Znów Ty?! Oddawaj kasę, ale już! – i sytuacja stałaby się groźna gdyby ten wielkolud o twarzy gangstera nie miał na sobie przymałego fartuszka z różowym: ‘’Kiss the cooker’’ (pocałuj kucharza), a w ręku jaskrawą patelenkę XXS.
-A to Daikoku, jej oręż. Brutal i pe…- nie zdążył skończyć, bo pisnął jak dziewczynka, gdy wielka stopa przytuliła jego twarz do betonu.
- Hej wy! Czekajcie no!- krzyknął do skradających się komicznie ‘’partnerów zbrodni’’ Yato. Odwrócili się niezbyt zadowoleni, nadal czujni.- Chodźcie do środka. Pogadamy.

*



Mogłoby być naprawdę miło. Pomieszczenie wykonane w przyjemnym dla oka stylu było ciepłe i pięknie pachniało słodkimi kadzidełkami. Oboje dostali herbatkę, tak dobrą, jakiej nie piła od dawna.

Ale atmosfera była gęsta.

Nie odczuwała tego oczywiście radosna bogini szczebiocząca jak mała dziewczynka i ciesząca się zwyczajnie, że ktoś ją odwiedził. Mężczyzna pozostał jednak czujny.

- Jakie nosicie imiona?
- I-Iki Hiyori. – wyjąkała.

Błękitne tęczówki śledziły jej plecy.

- A ty, chłopie?- zwrócił się do blondyna.
- Yu… kinne.- wyprostował się próbując nie okazać strachu.

Yato podpełzł do niego jak dżdżownica i szepnął teatralnym szeptem:
- Nie patrz mu w oczy.-dramatyczna pauza.- On lubi dzieci.

Oczy Hiyori zrobiły się dwa razy większe i natychmiast zasłoniła dzieciaka w geście obronnym przy wtórującym jej rechocie Kofku.
- Tyy… !- wielkie pięści uderzyły w stół wprawiając filiżanki w nieprzyjemne drżenie.
I sytuacja mogła się stać naprawdę nieprzyjemna, bo te pięści mogły zlać na kwaśne jabłko jego mistrza (nie żeby go to ruszało).

Ale zadzwonił dzwonek, delikatny jak ptasie trele.

- Wybaczcie na chwilę!- różowe buciki odbiły się echem po korytarzu łączącym część mieszkalną ze sklepem.
Wielkolud i jego pani podeszli do lady, a reszta wychyliła zza drzwi. Ale nie normalnie-jak ludzie w starych komediach- jedna głowa nad drugą z niezbyt wybitnymi minami.
Czemu podsłuchiwali? Przez ciekawość? Możność?
Osobiście uważam, że zadziałał sam los.

-Kangei (tz. witaj)- przywitała się słodkim głosem z ledwo dosłyszalnym obcym akcentem- Zastałam Panią Kofku?
Kiwnęła głową.

- Tak to ja. Czego potrzebujesz ko-cha-na?!

Patrząc cały czas na wprost nieznajoma kontynuowała.

 - Mogę o coś zapytać?
-Pewnie.- odparł Daikoku nieco rozluźniony.- Wal.

-Czemu oni się ukrywają?- zapytała wskazując jaśniutkim, dziecięcym wręcz palcem na trójkę wyglądających zza framugi.

Wyszli więc; zaciekawiona Hiyori, sceptyczny Yato i neutralny Yukki.

-Kim jesteś?- zapytał Daikoku, którego rozluźnienie zniknęło, jak hel z przekutego balonu.
Nie powinna ich widzieć.

-Missum Ea. Po prostu Ea. –kąciki kobiecych ust podniosły się.

Yato wolał dmuchać na zimno. Oparty więc na biodrze, niby nie zainteresowany zlustrował ją dokładnie- od beżowych botków zakończonych futerkiem, czarne jeansy na zgrabnych nóżkach do  eleganckiego płaszczyku z flauszu aż po jasnofioletowy szaliczek zawiązany pod szyją. Nic niepokojącego.
Ale, spojrzał na twarz, a ta twarz była… niezwykła. Jej oczy, niczym łąka kryły niesamowitą głębie człowieka starego, pod tą niewymuszoną warstwą uprzejmości. Na siwych włosach topniały płatki śniegu.
To nie była sztuczna siwizna, choć dziewczyna mogła być maksymalnie o rok strasza od jego Hiyori. Te włosy, lekko falowane, sięgające za ramiona, szare jak grafit ołówka, wyglądały jakby spadł nań  cały ciężar życia, z którym sobie nie poradziła.

-Nie jestem nikim specjalnym.- odparła po chwili, jakby w odpowiedzi na jego rozmyślania.- Za to wy jesteście. Kofku, występująca pod pseudonimem Ebisku i jej shinki czarny wachlarz, Daikoku.- każdą osobę wyliczała na palcach.- Ty jesteś Sekki. Imię jako człowieka: Yukkine. Więc musisz być narzędziem wielkiego Yato, boga wojny i deprawacji.

Wyżej wymienionemu oczy zaświeciły się jak latarnie.

- Znasz mnie?!
-Oczywiście.- uśmiechnęła się ze… smutkiem?- Tylko Twojego imienia jeszcze nie poznałam.
-Ikki Hiyori.- różowooka podała nieznajomej rękę, która przyjęła ją tak jakby robiła to po raz pierwszy.
-Panienko Ikki, wiesz, że wyciekła Ci dusza?- wskazała różową kitę.
-Znowu?!- żachnęła się i spojrzała na Yato wzrokiem mordercy.
Uśmiechnął się przepraszająco.
-Ja już pójdę.
Do… zobaczenia!

Gdy licealistka wybiegła przed sklep już jej nie było.
Yato i Kofku spojrzeli po sobie porozumiewawczo.

Z tą dziewczyną było coś nie tak.





----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Komentuj. Hejtuj. I chwal. 

Każdą opinię wezmę pod uwagę. Wszystko rozpatrzę od każdej możliwej strony. 
Ze swojej perspektywy widzę tylko kawałek
Pomóż mi zobaczyć całość.

* Jeżeli to czytasz dotrwałeś do końca. Trzymam kciuki żeby cała opowieść Ci się spodobała.*
 ;) ;) ;) 




czwartek, 1 września 2016

Prolog






Białe kimono przywdziewające kwiat, szarpane delikatnym wiatrem.

Zmartwiona twarz dziewczynki, która zbyt wcześnie musiała stać się kobietą, otoczona wianuszkiem włosów.

I czerwone korale w ciemnych włosach, które już nigdy miały nie urosnąć.

Wszystkie losy plączą się we cztery strony świata niczym nitki pajęcze. Niektóre zniszczyć może polny wiatr, inne obronną ręką wyjdą z huraganu. Jedne piękne, pobłyskują srebrzyście w słońcu, ale każde po coś stworzono.


Prowadzą do sedna rzeczy, pośmiertnej odpowiedzi. Sekretu Boga. 

Przedmowa





Uwaga!
Od razu mówię, że: NIE CHCĘ ROBIĆ „LEPSZEJ” WERSJI NORAGAMI. Jest to moje ulubione anime i nie mam mu nic do zarzucenia. Jednak, jak to każdy fan, od pierwszego odcinka chciałam uczestniczyć w wydarzeniach nie jako osoba bierna, a czynna. Ten fanfik daje mi taką możliwość.

Opowieść zaczyna się w momencie gdy Yato po raz pierwszy zaprowadza Hiyori i Yukkine do domu Kofku. Wszystko wcześniej jest takie samo jak w anime.
(Czemu nie ‘’jak w mandze’’?
Bo do anime mam większy sentyment, bowiem oglądnęłam je jako pierwsze, potem dopiero udało mi się dostać mangę.)
Nie zawsze podkreślam to czy Hiyori ‘’uciekła’’ z ciała, albo Yukkine zmienił w miecz. Mam nadzieję, że i bez tego się połapiecie.

Przyznaje się, że znam trochę fabułę Noragami (te ‘’wydane’’ części znam prawie na pamięć, a i do nie opublikowanych jeszcze w Polsce znalazłam dostęp) i często z niej czerpię. Czemu?
Bo jak wcześniej napisałam: fabuła tej historii, jak dla mnie, jest rewelacyjna.
Postaram się tylko cząstkowo spolerować, ale nie lubię wprowadzania w FanFiction np. nowych bóstw, więc na to nie liczcie.

Oto źródła z których czerpię, czerpałam, albo coś przypadkiem skopiowałam:

  • Anime ‘’ Noragami’’ i ‘’Noragami: Arogoto’’
i


  • Manga  ‘’Noragami’’ (posiadam mangi aktualnie do 4 tomu)


  • ‘’ Noragami Wikia’’


  • Internetowa manga (Ostrzegam: obowiązkowy angielski. I chusteczki ;-;)


  • Wattpad ‘’Noragami Headcanons’’
https://www.wattpad.com/story/77429448-noragami-headcanons

Życzę Wam miłego czytania kochani ☺