Czarne chmury zaszły świat.
Brązowe włosy zmierzwiły na karku, gdy uświadomił sobie co to znaczy.
-Szanowna
Bishamonten…
Podniosła dłoń pokazując by poczekał. Złote włosy odbijały
refleksy pojedynczych promieni słońca. Jej przeczucia stłumione były sprawami
lotniejszej wagi. Była przecież najpotężniejszą boginią wojny- i przez to
najbardziej zapracowaną.
-Co mówiłeś Kazuma?- zwróciła się do swego świętego oręża.
-Veena, zbliża się burza. Może należało by to sprawdzić?...
Zamyśliła się chwilę mrużąc styrane życiem, acz piękne
czoło.
-Zajmą się tym inni. – obróciła się tyłem, by nie widział
jak zaciska pięści. – Burza przypomina o nim.
Mordercy moich dzieci…
***
Nie zdążył
wydobyć z siebie ni dźwięku, szybkość boga Rabo wzrosła przez wieki. Jeden zły
krok i przeorał plecami bagnistą ziemię brudząc ‘’święty dres’’ ([*]). Wydała z
siebie okrzyk przerażenia próbując do niego podbiec.
-Nie ruszaj się Hiyori!- krzyknął wyciągając doń dłoń.-
Zabierz ją stąd!
Ale nim Ea zdążyła cokolwiek zrobić czarna macka porwała
różowooką z miejsca sprawiając, że jej szalik łopotał jak skrzydła motyla.
-A więc to ta?- jad sączył się, gdy wręcz z obrzydzeniem
patrzył na Hiyori.- Yaboku, stać Cię na więcej. Wróć do nas, a będziesz miał
tyle kobiet ile zechcesz.
Ta nie jest warta zachodu.
Nie był przygotowany na atak, więc się zachwiał. Błękitne
oczy stały się najczystszym granatem.
-Nie mów tak o niej.
Ich twarze dzieliły centymetry, sparowane bez wysiłku
siekałyby skórę.
Białowłosy uśmiechnął się. W końcu Yaboku się przebudził.
-Zmuś mnie.
I nie widzieli już jak Hiyori upada w gęste błoto. Jak
zielone, przerażone, acz znajome oczy nabierają kolorów.
Liczył się tylko ich taniec. Wykonywane na pograniczu
widoczności ruchy. Uniki i ciosy, w których nigdy w takiej perfekcji nigdy nie
miał opanować żaden śmiertelnik.
Jeden trafny ruch stanowił o życiu.
Jeden zły- o śmierci.
Zapędził przeciwnika w kozi ruch. Nawet się nie skrzywił,
gdy potężny ruch prawie nie wyrwał mu ręki. Oderwali się od ziemi niczym nie
wzruszeni szybując w powietrzu. Cięcia odznaczały się pasmami szarej bieli
powietrza. Wiatr smagał twarze, dziś bardziej podobne do upiorów.
Przerył ziemię swym ostrzem wzbudzając ogromną chmurę kurzu.
Najlepszą obroną jest ponoć atak- więc Rabo ciął powietrze ruchem tak potężnym,
że bez problemu odcięłaby przeciwnikowi głowę.
-YATO!
Nauczył się już, że ten ton nie przynosi niczego dobrego.
Obrócił się. I zamarł z przerażenia.
Walące się z trzaskiem bloki skalne.
Jasne pasma bieli.
I przerażona Hiyori tak bliska śmierci.
Huk był ogłuszający, wręcz nie do zniesienia. Pojedyncze
kamienie, niczym żywe istoty spełzały z rumowiska.
Te skały jako ostatnie widziały heroiczny czyn boga Yato.
-Jaka szkoda…
Gdyby wsłuchać się w wypowiedź małej Nory nie usłyszałoby
się sarkazmu.
Ona cierpiała. Choć jeszcze nie zdawała sobie sprawy jak
bardzo.
Przez chwilę
nie zdawał sobie sprawy gdzie jest. Przyjemne uczucie…
Ale zaraz potem wróciło. Ból. Zawroty pokaleczonej głosy.
Ciężki odór uniemożliwiający oddychanie.
Gdy tylko otworzył oczy chciał je ponownie zamknąć.
Leżała między jego łokciami, taka krucha i nieruchoma.
Niewinna licealista, której w ogóle nie musiało tu być.
Ale była. I cierpiała.
Przez niego.
-Jesteś Yato? Słyszysz mnie?!
Dopiero teraz zauważył świat oprócz jej.
Było jeszcze ciemniej niż poprzednio. No tak, przykryły ich
skały. Nie powinny przypadkiem zmiażdżyć ich trójki?
Odwrócił wzrok i znalazł odpowiedź. Ta, którą posądzał o
współpracę z wrogiem tajemnicza Ea Missum, niczym starożytny bohater na swoich
barkach dźwigała ciężar sklepienia. Stworzyła im coś na kształt bańki, która
zatrzymywała kamienie przed starciem ich na miazgę.
-Musisz ją obudzić.- powiedziała nie bez wysiłku.- To długo
nie wytrzyma.
Kiwnął pośpiesznie. Póżniej będą się zastanawiać jakie
jeszcze super moce ma ta dziewczyna.
Spojrzał uważnie na pokrytą sadzą twarz. Delikatnie musnął
jej policzek.
Jak ma ją obudzić?...
-Hiyori…
Brak reakcji.
-Musisz wstać. Musimy stąd iść.
Nawet nie wyczuwał oddechu. Jak niby?...
-Wstań. Rabo się zbliża. Ea nie utrzyma kopuły. Zabije nas.
Nie możesz dziś umrzeć.
Wstań… wstań!
Coraz bardziej gorączkowo potrząsał jej ramionami.
-Yaboku… - kamienia nieznacznie się porszyły- szybciej.
Jakby na poparcie swych słów osunęła się na kolana, a kopuła
zmniejszyła. Dalej jednak dzielnie wyciągała giętkie rączki do góry.
Coś w nim pękło. Szeptał do coraz to zimniejszego ucha słowa
jakie kotłowały się w myślach.
- Pamiętasz jak się spotkaliśmy?... Byłaś taka dzielna… i
wiecznie uśmiechnięta… Jesteś ze mną najdłużej, Hiyori… Nie opuszczaj mnie…
Nie zostawiaj samego w ciemności… Proszę…
Bliski łez zbliżył się doń obejmując nieruchomą główkę
ramionami.
- Wróć do mnie, błagam…
***
Biel. Wszechobecna, ogarniająca duszę i ciało.
Biel po krańce umysłu.
Czy próbowała krzyczeć?... Nie wiedziała.
Wiedziała? Nic nie wiedziała.
Nie pamiętała imienia. Pochodzenia. Żadnych zbędnych szczegółów jedynie
niezbędną i jedyną nicość.
I mogłaby tak w niej zostać na zawsze…? Czy istniał tu czas?...
Nieużywane zmysły obudziły się nagle.
-Ładnie pachnie…
Czysty jak melodia głos poniósł się nieskończonym echem po otchłani.
Jakaś potężna siła pchnęła ją do góry.
Nie obchodziło ją nic, więc czemu miała się przejąć?...
Ale ten zapach… Znajomy…?
Tak, znała go.
To był jej… ulubiony zapach.
Biel przeszyły ostre snopy jasnego światła.
Światło.
Ciepło.
Błękitne oczy.
Ciepło.
Błękitne oczy.
***
-Yato.
Oderwał się od jej zimnego ciała zwyczajnie przerażony.
Jej odejście było wystarczającą traumą. Jeżeli obudziła się
tylko po to, by pożegnać… Nie da rady…
-Hiyori…- zdołał wychrypać. Nie poznawał własnego głosu.
Łzy przesłoniły jej widok. Ale nie były jej…
Yaboku, bóg wojny i deprawacji, płakał nad biedną
przyjaciółką.
-Nie płacz, Ya-to.- resztką sił starła łzę staczającą się po
idealnym policzku.
Jej dłoń była najcudowniejszym co w życiu dotykał.
-Hiyori… Wróciłaś… Wróciłaś… - powtarzał jak mantrę.
Z taką czcią głaskał jej włosy, jak to nie zdarzało się
nigdy wcześniej. I objął delikatnie z obawy przed ponowną utratą.
To uczucie, które go przepełniało… czy to właśnie zwie się
szczęściem?
Z nastroju wyrwała ich Ea.
-Musimy iść. Więcej nie wytrzymam.
I już po chwli stali wszyscy obok siwej, Yukkine w ludzkiej
formie, Yato z opiekuńczą dłonią na dziewczęcym ramieniu. Ea rozwarła dłonie
jak rozkwitający kielich kwiatu, a głazy stoczyły się na boki.
Niestety, Rabo nadal tam był.
-Co jest?!- złowieszcze oczy choć raz przejawiły ludzkie
uczucia.- Jak to…
TO PRZEZ CIEBIE!
Niekontrolowany gniew spadł na Hiyori, do której już pędziło
kilkanaście czarnych macek.
Nie tym razem.
Jakże był zdziwiony ‘przydrożny bożek’ gdy w jego sidła
wpadła nie ta dziewczyna.
-Yaboku! Podaj Yukkine!
(xD Fajnie to brzmi ;’) )
Szybko wypowiedział imię oręża. Światło odbiło się od
czystej stali szybującej w powietrzu.
Złapała go z gracją.
-Nie…
Wiedział, że tylko on teraz może zabić Rabo. Wiedział, że to
wróg.
Ale nie chciał zabić…
Może to była słabość lub głupota, tłumaczył to sobie
zasadami moralnymi. Ale, tak naprawdę, przepełniał go strach o małą Norę…
Ciach.
Sam się zdziwił, że mięśnie tnie się tak łatwo. Chwila…
To nie mięśnie.
Przeciął jakiś sznur na drzewie obok.
Natychmiast się obrócił. Podziałało?...
Ea leżała na ziemi.
A z bożka śmierci. Rabo, ogromne płaty skóry odrywały się i
znikały w powietrzu jak iskry z ogniska.
Resztką sił ukląkł przed dawnym kompanem ciągnąc za wytarte
nogawki jego dresów.
-Yaboku… Stało się…
Przetrę Ci szlak śmierci…
Zobaczymy się w zaświatach…
Tak skończył swoją wędrówkę po Bliskim Wybrzeżu Rabo
pozostawiając po sobie zmurszałe kimono i sznur pełen życzeń, powód życia i
śmierci.
-Chodźmy już.- siwizna była ledwie zauważalna przez błoto.
I poszli, ramię w ramię, ze zmęczonym trudami dzisiejszego
dnia, Yukkine.
Błękitnooki nie poruszył się z miejsca.
-Yato… chodź…- wzięła go pod ramię.
-Nie skończę tak jak Ty…- szepnął w przestrzeń.
Dopiero wtedy nań spojrzał i dał się poprowadzić do domu.
A tej nocy jeden znak odciążył zabłąkaną duszę dziecka…
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------
WSZYSCY CZYTELNICY!
Za niedługo (dwa rozdziały):
Kończę sezon :D
Kończę sezon :D
Od początku chciałam uczynić to opowiadanie naprawdę poważnym fanfikcion. Lubię one-shoty (Link do mojej wattpadowej krainy one-shot'ów), ale pisarz wykazać się może dopiero w dłuższej i bardziej skomplikowanej serii. A że wzoruję się na anime Noragami postanowiłam podzielić to opowiadanie na 2 sezony po 13 odcinków (+ ova). I, choć wyszło trochę niewymiarowo (pierwszy sezon 11, drugi ponad 13- nie ma to jak nie potrafić matmy :P ) to mam zamiar się tego trzymać.
Dlatego za dwa rozdziały, po napisie ''koniec sezonu'', robię sobie dwu tygodniowy urlop.
Mam nadzieję, że nikt nie będzie miał mi tego za złe. Podczas urlopu rozdziały nie będą się pojawiać, ale jeżeli zatęsknicie zapraszam na fb
https://www.facebook.com/nnsbfy/
https://www.facebook.com/nnsbfy/
*śliczny obrazek z Yatusiem dla atencji :* *



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz